Jerzy Dzięciołowski: Majówka

Miejsce na reklamę

Tu jest miejsce na twoją reklamę.
Print Friendly, PDF & Email
Postanowiłem urwać się cywilizacji. Pojechałem pod leśniczówkę, o którą dbam pół wieku. Zasługuje, siostra znalazła w Internecie, że zaistniała już w 1805 roku.

W obejściu było dwóch osobników. Kościsty rozwalił się do opalania na stole. Biały taki…. Widać rzadko wietrzony. Tłustawy, z plerezą typu artysta, chodził wokół stołu.
– Panów, to co tutaj nadało – zacząłem pojednawczo.
– Niech pan zgasi silnik – odezwał się artysta nie wstrzymując spacerków. – Zatruwa powietrze – wyjaśnił. Ekolog się znalazł. Kościsty uniósł się do pozycji siedzącej.
– A czytać obywatele potrafią? – zapytałem ciągle w duchu porozumienia. – Tu jest napisane – pokazałam na budynek – że to teren prywatny, nie wypas dla kogo popadnie.- Jak do roboty, to nie ma chętnych – zacząłem się rozkręcać. – Trawa jest do skoszenia – zaproponowałem.
– Spokojnie – powiedział artysta słodziutko jak ksiądz po kolędzie. – Bo się pan zawału nabawi – i dalej krążył.

Wyciągnąłem klucz ukryty pod dachówką, otworzyłem drzwi do ganku uprzedzając pytanie: a skąd wiadomo, że to moje, i poinformowałem znajdów, że co się w tej Polsce porobiło, przykład idzie z góry, co by powiedzieli, jakbym się usadowił w ich salonie i nie wychodził, i żeby unieśli dupska i opuścili przybytek, bo zadzwonię po straż leśną i ich skasuje na 500 zł.

Kościsty przywdział koszulę. Artysta się uśmiechnął: – Poczekamy aż przyjadą – powiedział. – Będą zadowoleni jak mnie zobaczą – dodał.

Wyciągnąłem komórkę, ale tak, żeby nie zobaczyli jaka archaiczna. Na ekranie pokazała się informacja: brak sieci. Wiedziałem, że nie ma zasięgu. Nie odwracając się zacząłem mówić, dość głośno, żeby słyszeli: „Marek, jestem w Grobce, mam tu dwóch takich, co się zadomowili, podeślij straż…

Artysta przestał krążyć. – I co im pan powie, że naruszenie miru domowego…

W takiej Ameryce już bym go ustrzelił, przeleciało mi przez głowę. Ale główny szeryf dopiero nam to szykuje. Kościsty podniósł rower i ruszył do bramki. – Miłego dnia – wysyczał ten słodziutki.

Wziąłem kijki do nordic walking i ruszyłem w kierunku jeziora. Pomost już się rozsypywał. Zbadałem kijkami, czy nie ma na dnie rozbitej butelki i zanurzyłem się w chłodnej wodzie. Zmyłem z siebie stres i wdziałem spodenki składające się z samych łat nabyte za dwa dolary w Palo Alto w roku 1989, w które ciągle się wciskam, co mi działa na optymizm. Poczułem się głodny. Przyspieszyłem kroku. Za lasem koło trzcin stały cztery dziki. Trzy odyńce, tak pod osiemdziesiąt kilo każdy i trochę dalej locha. Wiał wiatr od ich strony, więc mnie nie zwęszyły a widzą marnie. Wydarłem się na zwierzaki, coś w stylu „idę po was”, jak były minister od MSW do narodowców, ale na wszelki wypadek od drzewa, do którego przylgnąłem, się nie oddalałem. Rzuciły się w szuwary. Czekałem. Nie ze mną takie numery. Trzy tłuściutkie warchlaczki, każdy ubrany w ubranko z pasiaków, wytoczyły się niespiesznie na przecinkę. „Sorry niedoroślaki, że wam przerwałem spożywanie pędraków, ale takie życie”. Mamuśka też się zmyła. Z taką to nigdy nie wiadomo, co jej strzeli do łba, dopóki nie odchowa warchlaków i jak nie ma gdzie zwiać. Jakby mi przyłożyła w kończyny, to by nie było zmiłuj się. W końcu to ich teren. Pochwaliłem, się, że maczo, to już byłem.

Teraz już czekały mnie same przyjemności. Napaliłem pod kuchnia. Umyłem w wodzie ziemniaki, których nie obieram, bo w łupinkach są zdrowsze, a poza tym nie chce mi się, wrzuciłem do garnka i wyciągnąłem torebkę z żurkiem, która zapodziała się w szafce od Wielkanocy. Kiełbasa do żurku też mi się zapodziała w lodówce w domu, wrzuciłem w pudełkach z prowiantem, jak leci i prezentowała się ładnie i kolorowo obrośnięta pleśnią. Będę miał żurek z kiełbasą i od razu grzybkami, uznałem. W końcu biedni zbierają żywność w śmietnikach i żyją. Przeczytałem, że zawartość torebki należy dokładnie wymieszać w trzy czwarte litra wody i gotować na wolnym ogniu 7 minut. Ze względu na grzybki gotowałem dłużej. Wsadziłem do zupy ziemniaki. Pychota.

Słonko stało już a brzozą. Więc mijała druga. Wziąłem starą kołdrę i wyszedłem na łąkę. Umieściłem kołdrę na środku łąki, żeby było, że jestem panisko. Rozłożyłem ręce i nogi i zacząłem gapić się na przesuwające się chmurki. Pachniało trawą, za głową miałem sto tysięcy żółtych czapeczek mleczów, no może trochę mniej. Byłem panem wszechrzeczy. Ale krótko. Takie małe nic, czarne mróweczki, na których siedzibie rozłożyłem posłanie, postawiły mnie do pionu. Wejdzie taka w ucho, i co, koniec z dobrostanem. To już wole duże czerwone, przynajmniej wiem, że coś przyzwoitego mnie ugryzło. Pokornie wycofałem kołdrę z zagrożonego terenu. Przypomniała mi się anegdotka: – Przychodzi gość do sąsiada: co tak u was wszyscy wczoraj tańczyli? – pyta. A nic takiego, mówi sąsiad, dziadek przewrócił ul z pszczołami. – Z mrówkami nie ma żartów. Że posiadają inteligencję – to pewne. Ciekawe, czy rozwijają się w ich mózgach elementy świadomości, żeby odczuwać ból, gniew, miłość…

Zabrałem się za czytanie „Zamętu”, nowego kryminału Vincenta V. Severskiego. Wiedziałem, co mnie czeka: że środowisko szpiegów, to szambo nie gorsze niż otoczenie, ale Severski to zawodowiec, zna się na rzeczy, dobrze pisze, lektura w sam raz, żeby się nie przejmować, że poprawimy coś na tej planecie.

Podkreśliłem sobie uwagę o sejmie: że to dzisiaj taki sam biznes jak inne. Załapuje się wybraniec narodu na cztery lata albo i dłużej. Mam koleżankę, która już siódmą kadencję ciągnie nie jest już taka aktywna, jak na początku, ale nie przestała być przyzwoita. A to w tej firmie nie jest obecnie takie oczywiste.

Włączyłem małe radyjko… i od razu pożałowałem. Zanosi się na to, że tym razem polegną w Sejmie niepełnosprawni. Obóz rządowy nie jest w stanie zapewnić niepełnosprawnym dodatku do rehabilitacji w wysokości 500 zł gotówką. Wciska im pampersy i w przychodniach okienka bez kolejek. A wystarczyłoby, żeby rząd wycofał się z obietnicy 300 zł na wyprawki dla dzieci rozpoczynających szkołę. Wielkiej krzywdy rodziny nie doznają. Dotychczas wyprawki nie było i dawały radę. A dla 280 tysięcy niepełnosprawnych te 500 zł, to jest zasadnicza zmiana w poziomie egzystencji. Koszty są niemal takie same – rzędu półtora miliarda rocznie.

Tylko, że niepełnosprawni nie nastukają wyborczych punktów przed jesiennymi wyborami. To jakie mamy państwo: rzeczywiste? Teoretyczne? Oszukańcze?

Jerzy Dzięciołowski

Polub nas i obserwuj

Tu też jest miejsce na twoją reklamę

Porozum się z redakcją!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


wp-puzzle.com logo