A. Szejnfeld: Wystarczy nie kraść!

Miejsce na reklamę

Tu jest miejsce na twoją reklamę.
Print Friendly, PDF & Email

YES! YES! YES! Nie, nie chodzi o Mistrzostwa Europy w siatkówkę. Być może za kilka dni rzeczywiście będziemy mogli cieszyć się z sukcesu naszych siatkarzy. Już teraz jednak Polacy mogą pękać z dumy z zupełnie innego powodu. Na całym świecie bowiem odbywają się międzynarodowe konferencje i sympozja z udziałem najwybitniejszych ekspertów. Publikowane są kolejne opasłe tomy analiz i raportów na temat, skąd państwo ma mieć pieniądze… I… nic. A tu nagle, właśnie u nas, w kraju nad Wisłą, odkryta została w końcu recepta na bolączkę, z którą prędzej czy później musi zmierzyć się każdy, kto stoi u steru władzy.

Odkrycie na miarę Nobla z ekonomii, to: „Wystarczy nie kraść!” Wystarczy uczciwie rządzić, a pieniądze znajdą się na wszystko i dla wszystkich. Te słowa, jak mantrę, powtarza premier Beata Szydło z wicepremierem Mateuszem Morawieckim, a za nimi reżimowa telewizja i chórek prawicowych publicystów. Kolejne dumnie prezentowane liczby, procenty, wskaźniki i wykresy mają dowodzić, że Polska, jeszcze przed kilkunastoma miesiącami w ruinie, dziś nagle jest krainą mlekiem i miodem płynącą. Toż to bogate państwo dobrobytu, którego władze dbają w końcu o swoich obywateli, nie szczędząc pieniędzy na ich potrzeby, a przy tym utrzymują kraj w doskonałej kondycji gospodarczej. Po prostu wystarczy nie kraść – próbują wmówić nam propagandziści sukcesu PiS. Ale trzeba być kompletnym ekonomicznym dyletantem, aby wierzyć w takie dyrdymały.

Prawda jest taka, że skokowy wzrost dochodów i spadek deficytu nie wziął się znikąd. W 2016 roku dochody polskiego budżetu zostały m.in. zasilone gigantyczną, ale jednorazową (!) kwotą 9,2 mld zł wpływów z aukcji częstotliwości LTE. Budżetowi pomogły również bardzo wysokie dywidendy Narodowego Banku Polskiego wynoszące niemal 8 mld zł za 2015 rok i 8,74 mld zł za rok ubiegły. To także nie są ani stałe i pewne dochody budżetu państwa, ani zależne od rządu. Nie ma na nie wpływu fałszywa koncepcja okradania własnego kraju przez rządzących! Na tym jednak nie koniec. W 2016 roku finanse państwa wypadły wyjątkowo dobrze także dzięki zaskakującej nadwyżce budżetowej samorządów w wysokości 7,7 mld zł, która oczywiście została zaliczona na poczet pozytywnych efektów rządów PiS. Tymczasem w tamtym okresie Polska, przez nieudolność władz centralnych, tylko w niewielkim stopniu wykorzystywała środki z wieloletnich ram finansowych UE na lata 2014-2020. Samorządy nie inwestowały, bo nie mogły, a zatem nie wydawały pieniędzy. Te natomiast PiS zaliczył je na swoje konto.

Bez wątpienia najlepszym przykładem kreatywnego podejścia obecnych władz do budżetu państwa są sztuczki z VAT-em. Uszczelnienie systemu VAT było jedną ze sztandarowych obietnic wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. I proszę bardzo, jak na zamówienie, mamy spektakularny sukces. Styczeń 2017 roku przyniósł aż 25,3-procentowy wzrost wpływów z podatku VAT, a budżet państwa wzbogacił się niemal o 22 mld zł. Wystarczy nie kraść – pieją z zachwytu wyznawcy „dobrej zmiany”. Prawda jest jednak taka, że dochody z VAT to różnica między przychodami, a zwrotami tego podatku. Aby pochwalić się świetnymi danymi na początku roku, wystarczyło zamataczyć księgowo danymi na przełomie roku i tyle. Hokus pokus, czary mary i już mamy wynik doskonały!

Niestety, Prawo i Sprawiedliwość lubi za wszelką cenę budować jedynie własną popularność oraz pobudzać konsumpcję na kredyt. Oszczędzanie, szykowanie się na „czarną godzinę”, wspieranie inwestycji, które jako jedyne stanowią fundament trwałego wzrostu gospodarczego, jakoś ich nie rajcuje. Tak, dla inwestycji w Polsce „dobra zmiana” okazała się bardziej dotkliwa niż globalny kryzys finansowy, czy kryzys zadłużeniowy w strefie euro. W 2016 roku nastąpiło dramatyczne tąpnięcie. Zapaść w inwestycjach, to spadek o niemal 8 procent! przez co wzrost gospodarczy Polski w ubiegłym roku wyhamował do zaledwie 2,7 proc. Niestety, w większości branż plany inwestycyjne firm na ten rok są równie skromne. Dzieje się tak ponieważ brakuje rozwiązań proinwestycyjnych i realnego wsparcia dla przedsiębiorców, mnożone są natomiast kontrole i kolejne administracyjne szykany.

Wszelkie triki, kombinacje i innego rodzaju machinacje pudrujące wizerunek rządu tracą jednak na znaczeniu, gdy uświadomimy sobie, że dług finansów publicznych właśnie przekroczył bilion złotych, czyli 1000 miliardów. Relacja długu do PKB sięgnęła 54 procent i niebezpiecznie zbliża się do 55-procentowego progu ostrożnościowego. Jeśli „wystarczy nie kraść”, jak mówią rządzący, to powstaje pytanie, gdzie wyparowują pieniądze publiczne, których ubytek PiS musi łatać kolejnymi pożyczkami?! Dług Polski bowiem rośnie i to szybko mimo dobrej koniunktury na świecie i silnego ożywienia gospodarczego w Unii Europejskiej.

Polska PiS stała się, niemal z dnia na dzień, jednym z najbardziej zadłużonych krajów w naszym regionie. Wystarczy porównać: relacja długu do PKB na przykład na Litwie oscyluje na poziomie 40 procent, w Czechach – 37 procent, w Bułgarii nie przekracza 30 procent, a w Estonii wynosi zaledwie 9,5 procent. O tych niewygodnych danych oczywiście z obozu władzy nikt się nawet nie zająknie. Pojawia się jednak pytanie: Kto teraz kradnie.

*Adam Szejnfeld, poseł do Parlamentu Europejskiego

w

Polub nas i obserwuj

Tu też jest miejsce na twoją reklamę

Porozum się z redakcją!