Węglowe widmo

Miejsce na reklamę

Tu jest miejsce na twoją reklamę.
©Iwona Olczyk, Pixabay
Print Friendly, PDF & Email

 

 

Mieliśmy fedrować jeszcze przynajmniej 200 lat lub nawet o dzień dłużej, ale podpisane porozumienie między stroną rządową zakreśliło krótszy horyzont eksploatacji naszego „czarnego złota”, jak w czasach nie tak dawnych, ale już słusznie minionych nazywano nas narodowy skarb: węgiel.

Koniec epoki węgla ma nastąpić w 2049 roku, choć jest to data w zasadzie nierealna gdyż wymaga zgody Komisji Europejskiej na dofinansowywanie przez nas wszystkich, przez najbliższe 30 lat, nierentownych kopalń. Nawet, jeśli Unia Europejska już dziś zaczęła szukać przepisów, które pozwoliłyby na taki dyktat, to z pewnością ich nie znajdzie ich, ponieważ nie istnieją.

Cóż więc zawarto w porozumieniu, które de facto wydłuża wydobycie węgla w naszym kraju o 9 lat: istniała już bowiem chwiejna, ale zawsze zgoda, że węgiel trzeba przestać wydobywać – ze względów ekonomicznych – w roku 2040. Zapewne kupiono czas, gdyż teraz – do końca grudnia – będzie powstawał plan dalszego bytu dofinansowywanych kopalń, który zostanie przedstawiony Brukseli. Tam też decyzji nie podejmuje się, łagodnie mówiąc, pochopnie więc zapewne w połowie przyszłego roku dopiero okaże się, że wszyscy chcieli dobrze, ale Unia znów się wtrąca w nieswoje sprawy więc…

Polski węgiel to 80 tys. zatrudnionych, 60 mln wydobytego paliwa i ponad 13 mld euro rocznie za emisje CO2 przy stawce za tonę ok 27 euro. Prognozy mówią, że za niedługo będzie to 60 euro za tonę. Wszyscy będziemy więc dopłacać ponad półtora tysiąca złotych rocznie, by móc ze spokojem wydobywać polski węgiel. Damy radę? Kosztem zwyżki cen wszystkich artykułów być może tak, ale określenie, iż jest to nieracjonalne działanie jest bardzo łagodne.

W zeszłym roku polskie firmy kupiły za granicą 15 mln ton węgla, tańszego niż nasz rodzimy skarb. W roku poprzednim było to nawet 18 mln ton. Rachunek ekonomiczny nie chce się poddać polityce i ciągle wykazuje, że wydobywamy za drogo – ze względów na warunki geologiczne głównie. Ekonomia nie poddaje się, choć musi toczyć zażarty bój z narodowymi piewcami naszej energetycznej niezależności. Mowa o prezydencie, który marzy o wydobywaniu węgla przez kolejne 200 lat i kolejnych premierach, którzy z uporem twierdzili, że węgiel jest kołem zamachowym całej naszej gospodarki i czarny złotem, którego będziemy bronić. Jeszcze kilka miesięcy temu zapewniano też, że kolejne inwestycje, jak choćby dokończenie bloku węglowego w Elektrociepłowni Ostrołęka ma uzasadnienie. W końcu przyznano, że nie ma, co dawno już mówili ekonomiści a czego nie chcieli zobaczyć politycy.

Czego kopalnie nie są w stanie sprzedać – to już w tej chwili 7 mln ton – składujemy tu i tam racjonalizując ten proceder działaniami Agencji Rezerw Materiałowych. Bronimy też górników, którzy postraszyli rząd swądem palonych opon i dostali 6 proc. podwyżkę, „barbórkę” i zapewne „czternastkę”. Podpisane porozumienie – w którego realność wszak wątpimy – zakłada też zapewnienie pracy wszystkim obecnie pracującym w górnictwie aż do emerytury co, w świetle kardynalnych zasad sprawiedliwości społecznej, musi wywołać pytania lekarzy czy nauczycieli o ich perspektywy zawodowe i życiowe.

Dziś spory o węgiel przysłaniamy importem tańszej od naszej energii; nasze ceny hurtowe należą do najwyższych w Europie, ale – wszyscy to wiedzą – trudno budować silne struktury gospodarcze na imporcie tego strategicznego medium. Wiadomo, że nie możemy zrezygnować z wydobycia węgla z roku na rok. Musimy jednak mieć spójną wizję tego, kiedy od niego odejść, za jaką cenę i czym go zastąpić. Na te pytania nie ma zadowalającej odpowiedzi. Porozumienie widmo jest tylko zasłoną dymną na bolączki naszej energetyki, ale jej nie leczy.

Krzysztof Mering

Polub nas i obserwuj

Tu też jest miejsce na twoją reklamę

Porozum się z redakcją!