Jerzy Dzięciołowski: Sekretny świat Grobki

Miejsce na reklamę

Tu jest miejsce na twoją reklamę.
Print Friendly, PDF & Email

Świat Grobki ma dwanaście metrów na dwanaście i 144 lata. Do tego hektar łąki. Na poddaszu rządzą szerszenie. We wschodniej ścianie gnieżdżą się nietoperze. Całość otoczona jest lasem. Do najbliższej cywilizacji jest siedem kilometrów.

Kiedy pierwszy raz dotarłem do Grobki, rządziła w niej Irena. Jechało się autobusem, albo koleją i na piechotę przez las.

Irena zapraszała znajomych na plenery. Robili zdjęcia. W międzyczasie stoły, ławy i malowali obrazki na drewnianych deseczkach. Sama szła w las zebrać surowiec na obiad. Znosiła grzyby, jagody, jakieś kłącza. Wszystko to pakowała do kotła do gotowania bielizny, zalewała wiadrem wody i dusiła. Nikt nie wie, dlaczego znajomi dożywali do końca sesji i potem.

*

Miejscowi uznawali Irenę za swoją i trochę się jej bali. Raz tylko rozbili siekierami drzwi, pod nieobecność. Irena gromadziła ściągane z lasu resztki konarów, możliwie strasznych kształtów. Tworzyła z nich na strychu kręgi horroru. W pokoju, na całą szerokość wisiały suknie do kostek, których nie nosiła. Chodziła ubrana niezmiennie tak samo. W Warszawie w mieszkaniu na Stawkach wisiały pęki zasuszonych roślin. Pachniało wróżbami.

Zostałem zaakceptowany do naprawiania dachu. Irena pokazała mi okno w kuchni, które odpowiednio poruszane zwalniało haczyk. Otrzymałem przywilej wchodzenia do wnętrza siedziby w dowolnym terminie. Miała własną technologię chronienia sufitu przed zalewaniem przez deszcz. Pod dziury w dachu podstawiała garnki, miednice, stare płaszcze. Zgromadziła ładną kolekcję tych środków ochronnych. Jako dowód przyjaźni zostałem poinformowany, ze piorun walnął już w Grobkę, pękła ściana od sufitu do podłogi, nic się nie zawaliło ani nie spłonęło, więc nic mi nie grozi. Dachówkę zwoziłem z rozbitej wiaty, gdzie drwale składowali kubki do żywicowania. Nie byłem zwolennikiem żywicowania. To była zapowiedź egzekucji stuletnich sosen. Jak upuszczenie krwi przed wykonaniem wyroku.

*

Dachówki były mi potrzebne nie tylko do łatania dziur. Pewnego pięknego poranka zniknęło pół dachu nad drwalką. Lokalsi donieśli, że fragment dachu zarekwirował pułkownik z ośrodka Sztabu Generalnego LWP, który mieścił się nad Jeziorem Omulew. Był to obiekt odgrodzony od społeczeństwa, od lądu i wody. Na drogach dojazdowych stali żołnierze i szlabany. Na jeziorze boje wyznaczały strefę zakazaną do wpływania. Pułkownik, który zgarnął dachówki na swoją daczę odpowiadał w sztabie za ochronę przyrody. Z zapałem zabrałem się do naprawiania dachu. Żeby się wykazać i żeby nie mokło drewno do palenia. Był jeszcze jeden powód. Pod klocami Irena trzymała kocioł z zastawą i sztućcami.

Grobka była niegdyś osadą. Mazurzy wypasali bydło na łąkach, którą od zabudowań dzieliła grobla wysadzana lipami, chroniąca budynki od wylewu rzeki Czarnej. Chałupa, w której mieszkał ostatni sąsiad pani na Grobce, rozsypała się pół wieku temu. Miejsce oznacza pokaźny dąb, który rósł w obejściu. Miejscowi o końcu Grobki mają swoją legendę: zmierzchało, kiedy pod Grobkę podchodził oddział partyzantów. Nie jest jasne, czy byli to Rosjanie czy Polacy. Na łące, za domem, stała dziewczyna, która odezwała się po niemiecku. Padły strzały. Celne.

Polub nas i obserwuj

Tu też jest miejsce na twoją reklamę

Porozum się z redakcją!