Polska gospodarka żywnościowa a pandemia koronawirusa

Miejsce na reklamę

Tu jest miejsce na twoją reklamę.
©Arek Socha, Pixabay
Print Friendly, PDF & Email

I

Z punktu widzenia organizacji pracy polskie rolnictwo jest dziedziną gospodarki odporną na pandemię koronowirusa. Jak wiadomo, skutecznych lekarstw i szczepionki nie ma. Podstawą walki z pandemią jest zatem profilaktyka a najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem izolacja.

W gospodarstwie rodzinnym, korzystającym tylko sporadycznie z najemnej siły roboczej, możliwe jest niemal pełne odizolowanie pracującego od innych osób oraz ograniczenie kontaktów międzyludzkich. Kontakty zawodowe ze światem zewnętrznym oczywiście istnieją, ale mogą być sporadyczne.

Gospodarstw takich jest w Polsce blisko 1,3 mln (90% ogółu). Jednakże również w gospodarstwach dużych, osiągających produkcję standardową w wysokości co najmniej 400 tys. złotych rocznie, zarówno prace polowe jak i obsługa zwierząt w zmechanizowanych oborach i chlewniach nie wymagają dużych zespołów i swoista „izolacja” jest zatem sytuacją normalną. Trudności natomiast mogą występować w wyspecjalizowanych gospodarstwach, prowadzących pracochłonne uprawy „pod szkłem”, ale i w tym przypadku możliwe jest przy właściwej organizacji pracy zachowanie przepisów o niezbędnej izolacji, przede wszystkim co najmniej 2 metrów odległości między pracującymi. Pewne niewielkie trudności organizacji pracy mogą również wystąpić w tych gałęziach produkcji roślinnej (uprawa polowa niektórych warzyw i owoców), w których występuje spiętrzenie robót w bardzo krótkim okresie zbioru lub sadzenia.

Pandemia nie spowodowała zatem, poza niektórymi sytuacjami, konieczności zmiany organizacji pracy w gospodarstwie rolnym, a jedynie wymagała przestrzegania rygorystycznych przepisów zapobiegawczych (m. in. noszenie maseczek i mierzenie temperatury).

Natomiast konieczne były zmiany w organizacji pracy przemysłu rolno – spożywczego, kolejnej ważnej części łańcucha gospodarki żywnościowej . Przemysł ten jest zresztą również w okresach „normalnych” pod bacznym nadzorem inspekcji sanitarnej i/lub weterynaryjnej i musi spełniać rygorystyczne wymagania sanitarne. Dodatkowo, po wprowadzeniu stanu zagrożenia epidemicznego otrzymały, tak jak wszystkie przedsiębiorstwa przemysłowe, szczegółowe zalecenia Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS), na które składają się procedury (1). zapobiegawcze, wdrażane w przypadku podejrzenia, że pracownik jest zakażony koronawirusem, (2). ograniczające rozpowszechnianie się wirusa, (3). wdrażane w przypadku stwierdzenia zakażenia wirusem choćby jednego pracownika. Zalecenia skłaniają do kontroli profilaktycznej pracowników (mierzenie temperatury), stosowania środków dezynfekcyjnych oraz takich zmian organizacji pracy, aby mogły być przestrzegane przepisy o izolacji.

Najważniejszą częścią zaleceń są niewątpliwie działania podejmowane po stwierdzeniu zakażenia – dezynfekcja pomieszczeń, w których przebywał zakażony pracownik, ustalenie, czy nie powinna nastąpić rezygnacja z czasowego użytkowania części budynku i wysłanie na przymusowy, dwutygodniowy urlop pracowników, którzy mieli bezpośrednią styczność z zakażonym. Możliwe jest również zamknięcie zakładu decyzją administracyjną.

Jak łatwo zauważyć, ryzyko zakażenia wzrasta wraz z liczbą pracowników. Zagrożone zamknięciem były i są nadal zagrożone przede wszystkim przedsiębiorstwa duże i średnie, Wobec takiej perspektywy cytowana przez red. Krystynę Naszkowską (Gazeta Wyborcza) opinia prezesa jednej ze spółdzielni mleczarskich ( „przychodzimy do zakładu z duszą na ramieniu, bo jeśli ktoś z załogi zachoruje, to zakład trzeba będzie zamknąć, a nasze produkty będą budziły strach wśród konsumentów i staną się na jakiś czas niesprzedawalne”) dobrze charakteryzuje nastroje kierownictwa wielu przedsiębiorstw przemysłu rolno – spożywczego. Wprawdzie po przeprowadzeniu dezynfekcji możliwe jest wznowienie produkcji, ale jej przerwanie choćby na kilka dni miałoby poważne konsekwencje finansowe i organizacyjne nie tylko dla zamkniętego przedsiębiorstwa, ale często również dla wielu osób i zakładów z nim powiązanych (np. dla gospodarstw regularnie dostarczających mleko).

Wydaje się, że zakłady rzemieślnicze, zatrudniające kilku lub kilkunastu pracowników nie miały specjalnych trudności z dostosowaniem się do dodatkowych zaleceń GIS. Jednak o wysokości produkcji żywności decydują zakłady średnie i duże, w których dokonanie zmian było znacznie bardziej kłopotliwe i trudniejsze.

Kolejnym ogniwem produkcyjno – handlowego łańcucha gospodarki żywnościowej jest handel spożywczy. W tej części gospodarki żywnościowej możliwość zakażenia pracowników jest niewątpliwie największa ze względu na liczbę nieuchronnych kontaktów z klientami, wśród których mogą być ludzie zakażeni lecz przechodzący chorobę bezobjawowo. Handel detaliczny jest również tym miejscem, w którym kupujący może się zarazić od innego klienta. Nie ma jednak możliwości skutecznej zmiany organizacji pracy w tradycyjnym sklepie (sprzedaż żywności przez internet z dostawą do domu jest odrębnym problemem, o którym piszę dalej). W rekomendacjach GIS nie znajdują się więc zalecenia wprowadzające istotne zmiany organizacyjne. Niektóre z nich są oczywiste (częste i dokładne mycie rąk przez pracowników) a inne śmieszne, choć może warte przypomnienia (wskazówki jak się zachowywać podczas kaszlu i kichania). Najważniejsze to obowiązek dezynfekowania powierzchni, które są dotykane przez klientów i pracowników, zainstalowania dozowników z płynem odkażającym, zakładanie rękawiczek jednorazowych oraz przestrzeganie przepisu o nie zbliżaniu się do innych osób na odległość mniejszą niż 1 – 1,5 metra. Później zalecenia uzupełniano m. in. ustanawiając maksymalną liczbę klientów w sklepie (uzależniono ją od powierzchni sklepu lub liczby kas), wprowadzając obowiązek noszenia maseczek i zalecając chronienie kasjerów za pomocą przegród z plexiglasu. 30 maja zniesiono zalecenie o maksymalnej liczbie klientów. Nadal jednak kupujący muszą zachować między sobą dystans 1 – 1,5 metra. Kto to będzie sprawdzał?.

Z krótkiej analizy wpływu pandemii na systemy organizacji pracy w kolejnych ogniwach łańcucha gospodarki żywnościowej wynika, że trudności z dostosowaniem się do przepisów mógł mieć przede wszystkim handel detaliczny i przemysł rolno – spożywczy. Tymczasem obie te części gospodarki żywnościowej sprawnie i szybko przystosowały się do nowych warunków. Dlatego też m. in. nie nastąpiły trwałe zakłócenia na rynku detalicznym artykułów rolno – spożywczych. Okresem, w którym takie zakłócenia mogły przede wszystkim wystąpić, były pierwsze dni stanu zagrożenia epidemicznego. Wprowadzone wówczas przepisy wywołały kilkudniową panikę znacznej części ludności i wzrost zakupów żywności. Po kilku dniach ustał jednak szturm na sklepy, które bez przerwy oferowały niemal pełny asortyment żywności. Niedopuszczenie do „pustych półek” świadczy o dobrej organizacji polskiego handlu żywnością, zarówno hurtowego jak i detalicznego oraz przemysłu rolno – spożywczego. Na opanowanie paniki niemały wpływ miał również personel detalicznego handlu spożywczego, który nawet w warunkach „lekkiej histerii” pracował normalnie. Najbardziej przestraszeni koronawirusem byli chyba sprzedawcy na lokalnych targowiskach; w pierwszych dniach na niektórych z nich większość stoisk była zamknięta.

Obecnie, po blisko trzech miesiącach obowiązywania przepisów o stanie epidemii jest oczywiste, że zarówno przemysł rolno – spożywczy jak i handel żywnością dobrze funkcjonowały na rynku żywnościowym. Już obecnie większość ważnych kanałów zbytu, wiążących poszczególne ogniwa gospodarki żywnościowej funkcjonuje jak przed okresem pandemii.

Skup zwierząt rzeźnych i mleka odbywa się normalnie (niskie ceny skupu mleka są przede wszystkim wynikiem wzrostu dostaw do mleczarni). Również rynki hurtowe – Bronisze, Franowo i inne, – które są najważniejszymi pośrednikami między rolnikami a detalicznym handlem owocami i warzywami funkcjonują bez zakłóceń, choć w pierwszych dniach zagrożenia epidemicznego kolportowano, następnie dementowane, plotki o ich zamknięciu. Podstawowe branże przemysłu rolno – spożywczego, w tym mleczarski i mięsny, zapewniają regularne dostawy przedsiębiorstwom handlu detalicznego.. Najsłabszym ogniwem handlu okazały się nie tylko ze względów sanitarnych lokalne targowiska, stanowiące zarówno w dużych jak i mniejszych miastach ważną część handlu. Część z nich ze względów sanitarnych była zamknięta i wobec tego Główny Urząd Statystyczny zrezygnował z opublikowania notowań cen podstawowych artykułów rolnych w handlu targowiskowy za kwiecień 2020r. Jednakże obecnie również targowiska funkcjonują normalnie.

W okresie obowiązywania stanu epidemii w handlu detalicznym żywnością dokonywały się pewne zmiany strukturalne. W niektórych aglomeracjach widoczny był, być może przejściowy, wzrost popularności niewielkich sklepów kosztem sieci handlowych (zakupy w małych sklepach uważano za bezpieczniejsze ze względu na mniejszą liczbę klientów). Natomiast trwałą zmianą mogą być zakupy żywności z dostawą do domu. Początkowo warunki nie były atrakcyjne (wysoka minimalna wartość zakupów, wysokie koszty dostawy, długie, niekiedy tygodniowe lub nawet jeszcze dłuższe terminy realizacji zamówienia). Po kilku tygodniach niektóre sieci detaliczne ustanowiły znacznie dogodniejsze warunki. Wydaje się, że najbliższe miesiące zadecydują, czy ta forma zakupów trwale zyska szersze uznanie czy też pozostanie formą bez większego znaczenia.

Okazuje się zatem, że w okresie obowiązywania stanu epidemii nie nastąpiło poważniejsze, odczuwane przez klientów zakłócenie funkcjonowania dwóch podstawowych ogniw gospodarki żywnościowej – przemysłu rolno spożywczego i detalicznego handlu spożywczego. Natomiast została zakłócona działalność tych przedsiębiorstw hurtowego handlu spożywczego, które wyspecjalizowały się w obsłudze hoteli, restauracji, kawiarni i przedsiębiorstw prowadzących catering, czyli t.zw. kanału HoReCa. Rozporządzeniem Ministra Zdrowia wprowadzono 14 marca m. in. zakaz prowadzenia działalności gastronomicznej (poza mającą znikome znaczenie produkcją restauracyjną lub barową bez konsumpcji na miejscu). Pewna, niewielka liczba restauracji i kawiarni zdecydowała się na tę formę działalności, często współpracując z przedsiębiorstwami, zajmującymi się dostawami do domu. W ten sposób nie można było wyrównać strat spowodowanych zakazem działalności podstawowej. Zakaz przestał obowiązywać 18 maja.

Równocześnie jednak zaczęły obowiązywać wytyczne GIS. Znajdują się w nich m. in. zalecenia ingerujące w organizację pracy, ale zapewniające personelowi minimum bezpieczeństwa. Najważniejsze są jednak przepisy, których celem jest bezpieczeństwo klientów. Ma je zapewnić ograniczenie maksymalnej liczby klientów przebywających w dostępnej dla nich części lokalu (1 osoba na 4 m2), ale również ustalenie minimalnej odległości między stolikami (2 metry między krawędziami blatów) i obowiązkowa dezynfekcja. Niektóre jednak budzą zdumienie. Zwłaszcza, wręcz kabaretowe jest jednak zalecenie, że „przy jednym stoliku może przebywać rodzina lub osoby pozostające we wspólnym gospodarstwie domowym”. Albo – „przy stoliku powinny siedzieć pojedyncze osoby, chyba że odległości między nimi wynoszą min. 1,5 m i nie siedzą naprzeciw siebie. Wyjątkiem są stoliki, w których zainstalowano przegrody, np. z pleksi, pomiędzy osobami”. Nie wiadomo kto i w jaki sposób ma sprawdzać stopień pokrewieństwa i pozostawanie we wspólnym gospodarstwie domowym. Od 30 maja nie obowiązuje przepis o maksymalnej liczbie klientów a ich liczbę ogranicza jedynie pośrednio, lecz również dotkliwie, zalecenie o minimalnej odległości między stolikami. Dlatego zapewne wiele restauracji i kawiarni nie wznowi działalności i będzie czekać na zniesienie wszystkich ograniczeń.

Reasumując: pierwsze trzy miesiące pandemii przemysł rolno – spożywczy oraz detaliczny handel spożywczy przeszły bez większych kłopotów organizacyjnych, choć niewątpliwie dostosowanie się do zaleceń GIS spowodowało wzrost kosztów.

Być może zdarzały się przypadki przejściowego zamykania zakładów przemysłu rolno – spożywczego i placówek handlu detalicznego, ale opinii publicznej o tym nie informowano. Konsekwencje zaprzestania lub ograniczenia podstawowej działalności odczuła niewątpliwie bardzo dotkliwie znajdująca się na obrzeżach gospodarki żywnościowej gastronomia. Dopiero za kilka miesięcy będzie wiadomo ile restauracji i kawiarni nie powróciło na rynek, a straty ich właścicieli zapewne nigdy nie zostaną prawidłowo oszacowane.

Natomiast już w najbliższych tygodniach może okazać się, że w wyniku pandemii największe trudności organizacyjne będzie miała grupa gospodarstw ogrodniczych. Pracochłonny zbiór szybko psujących się truskawek wymaga zatrudnienia robotników sezonowych nawet przez właścicieli niewielkich obszarowo gospodarstw. Co najmniej w ciągu ostatnich kilku lat byli to przeważnie pracownicy z zagranicy – Ukraińcy, ale także Białorusini, Mołdawianie i Kazachowie. Formalności z ich zatrudnieniem nie były skomplikowane. System przestał funkcjonować po ogłoszeniu stanu zagrożenia epidemicznego, a nowe zasady praktycznie uniemożliwiały podejmowanie przez cudzoziemców pracy w Polsce, w tym pracy sezonowej w rolnictwie i ogrodnictwie.

Z wprowadzonych na początku stanu epidemicznego ograniczeń najważniejszymi była możliwość przekroczenia granicy przez cudzoziemca, zamierzającego podjąć pracę sezonową w Polsce tylko w przypadku posiadania zezwolenia na pracę. Po przekroczeniu granicy obowiązywała 14-dniowa kwarantanna. W efekcie robotnicy sezonowi przestali przyjeżdżać do Polski zwłaszcza, że konsulaty zawiesiły przyjmowanie wniosków o wydanie wizy osobom wyjeżdżającym do pracy sezonowej, m. in. w rolnictwie i ogrodnictwie. Wydawanie wiz wznowiono 4 maja, a 8 maja zostały wydane wytyczne Ministerstwa Rolnictwa i Głównego Inspektora Sanitarnego ustanawiające szczegółowe zasady pracy sezonowej cudzoziemców w gospodarstwach rolnych w okresie epidemii. Wytyczne nakładają na rolników dodatkowe obowiązki, z których najważniejszymi są zorganizowanie przewozu zatrudnionych cudzoziemców od granicy do gospodarstwa oraz badania na obecność koronawirusa (koszty testu ponosi KRUS). Zatrudnionego cudzoziemca obowiązuje czternastodniowa kwarantanna, ale odbywa ją na terenie gospodarstwa rolnego i może pracować.

Obecne przepisy prawdopodobnie zapewnią dostateczną liczbę robotników sezonowych za kilka tygodni. Natomiast już za kilka dni okaże się, czy decyzje nie zostały podjęte zbyt późno i część truskawek nie będzie zebrana, gdyż trudno w tak krótkim czasie załatwić formalności przyjazdowe i zorganizować przyjazd co najmniej dwudziestu tysięcy osób.

II

Gospodarka żywnościowa niewątpliwie znacznie mniej dotkliwie niż wiele innych dziedzin gospodarki odczuła wprowadzone ze względów sanitarnych ograniczenia działalności. Wyjątkiem jest gastronomia. Należy jednak zwrócić uwagę, że wprowadzenie zakazu działalności podstawowej niewiele pogorszyło jej sytuację, gdyż przy braku zakazu zadziałałby bezwzględny rynek. Restauracje i kawiarnie były bowiem dość powszechnie uważane za miejsca, w których łatwo się zakazić i klientów w każdej sytuacji byłoby niewielu. Opinię, że restauracje i kawiarnie są niebezpieczne podziela nadal wielu ludzi i gastronomię czeka bardzo długi proces odzyskiwania klientów.

Zmiany sytuacji rynkowej w pierwszych miesiącach pandemii wpłynęły negatywnie na dwie gałęzie rolnictwa. Pierwszą, która boleśnie odczuła spadek popytu na rynku krajowym jest kwiaciarstwo. Dla kwiaciarstwa wiosna jest zwykle okresem intensywnej sprzedaży (tulipany). Tymczasem w roku bieżącym w tej pracochłonnej i wymagającej poważnego kapitału branży (uprawy pod szkłem) nastąpił spadek sprzedaży sięgający, według niektórych szacunków, w porównaniu z poprzednim rokiem aż 90%. Sezonu wiosennego więc nie było, a również obecnie sytuacja polskiego kwiaciarstwa, nie odbiegająca zresztą od istniejącej w innych państwach europejskich, jest bardzo trudna. Nie można się spodziewać, aby sprzedaż kwiatów szybko wróciła do poprzedniego poziomu. W okresie epidemii i recesji gospodarczej niewiele osób myśli o ozdobieniu mieszkania bukietem kwiatów. Nie jest wykluczone, że powrót do poprzedniej sytuacji będzie długi, nawet kilkuletni.

Gałęzią, która znalazła się obecnie w trudnej sytuacji m. in. ze względu na spadek popytu na rynkach zagranicznych, jest mięsny chów drobiu, jedna z najważniejszych gałęzi eksportowych polskiego rolnictwa. W rekordowym roku 2019 produkcja mięsa drobiowego wyniosła około 2,8 mln ton a eksport blisko 1,5 mln ton. Produkcja jest więc obecnie ponad dwa razy wyższa niż spożycie krajowe a intensywny eksport jest warunkiem jej utrzymania na obecnym poziomie. W trzech pierwszych miesiącach 2020 roku eksport utrzymywał się na ubiegłorocznym poziomie – powyżej 100 tys. ton miesięcznie. Dane za kwiecień są jeszcze nieznane, ale przedstawiciele hodowców informują o jego gwałtownym spadku. Uważają, że ta sytuacja jest spowodowana epidemią i domagają się wsparcia państwa, Równocześnie wymieniając 1,5 mld euro jako kwotę, którą państwo mogłoby przeznaczyć na pomoc tym gałęziom rolnictwa, które mają przejściowe trudności eksportowe, w tym gałęzi mięsnego chowu drobiu. Jako możliwe instrumenty pomocy wymieniają skup interwencyjny mięsa i jego sprzedaż zagranicę. Jedną z propozycji jest udzielenie krajom afrykańskim kredytu celowego na zakup polskiego mięsa drobiu.

Nie jest celem tego tekstu poszukiwanie przyczyn, dlaczego chów drobiu mięsnego znalazł się w trudnej sytuacji finansowej w wyniku pandemii i proponowanie rozwiązań. Ale musi budzić zdziwienie, że tak poważna gałąź produkcji zwierzęcej jaką jest mięsny chów drobiu znalazła się w krytycznej sytuacji finansowej zaledwie w ciągu kilku tygodni. Tak ważna dziedzina jak przemysł drobiarski, w który zaangażowano poważny kapitał powinien być przygotowany na krótkie okresy spadku popytu i gorszej koniunktury na rynkach zagranicznych. W przeszłości okresy spadku popytu już się zdarzały, choćby z powodu epidemii wysoce zjadliwej grypy ptaków (dalej HPAI). Mimo to nie przygotował się do funkcjonowania w trudniejszych warunkach. Szczególnie dotkliwy okazał się brak kapitału i zaplecza magazynowego (powierzchnie chłodnicze).

Pandemia nie jest jedyną przyczyną trudności branży. Drugą jest HPAI. Pierwsze jej ognisko stwierdzono 31 grudnia 2019 r. a w kolejnych miesiącach 31 następnych. Konsekwencją jest całkowity lub częściowy zakaz importu mięsa drobiowego z Polski, wydany przez wiele państw azjatyckich w tym Chiny, Hong Kong, Singapur, Japonię, Koreę Płd i Wietnam a także Zjednoczone Emiraty Arabskie, Republikę Południowej Afryki, Białoruś, Kubę i Ukrainę.

Propozycja zakupów interwencyjnych na dużą skalę (zdaniem producentów z rynku należy zdjąć całą nadwyżkę) i następnie ich eksport oznacza przekazanie państwu wszystkich kłopotów związanych z produkcją i sprzedażą mięsa drobiu, czyli ryzyka prowadzenia przedsiębiorstwa. Rozpatrując ją należy ponadto zwrócić uwagę, że funkcjonowanie rynków rolnych jest częścią wspólnej Polityki Rolnej i Polska jako państwo członkowskie nie ma możliwości samodzielnego podejmowania decyzji. W obowiązującym Rozporządzeniu 1308/2013 ustanawiającym wspólną organizację rynków produktów rolnych nie przewidziano interwencji rynkowej polegającej na skupie i przechowaniu mięsa drobiowego oraz dopłacie do prywatnego jego przechowywania. Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi zwrócił się do Komisji o objęcie dopłatami mięsa drobiowego, ale dotychczas Komisja decyzji nie podjęła. Prawdopodobnie konieczna jest nowelizacja rozporządzenia co wymaga zaangażowania Rady i Parlamentu. Inne państwa członkowskie nie są chyba zainteresowane interwencją na rynku mięsa drobiowego, gdyż ich drobiarstwo znajduje się w lepszej sytuacji ekonomicznej niż polskie.

Reasumując: polskie drobiarstwo nie może liczyć na poważną pomoc finansową, lecz musi o własnych siłach przejść przez trudny okres. Zapewne będzie on oznaczał co najmniej straty a zapewne i bankructwa. Pewnym, choć marnym pocieszeniem jest świadomość, że unijny rynek HoReKa będzie się powoli odbudowywał i polskie mięso drobiu powróci na stoły zagranicznych hoteli i restauracji.

Mięsny chów drobiu nie jest jedyną gałęzią produkcji rolnej, która poniosła poważne straty w wyniku pandemii, ale niewątpliwie żadna inna gałąź (poza kwiaciarstwem) nie znalazła się w tak krytycznej sytuacji. Już w marcu rolnicy specjalizujący się w mięsnym chowie bydła skarżyli się, że zmniejszenie eksportu żywego bydła i wołowiny do niektórych państw, przede wszystkim do Włoch i Francji, spowodowało spadek cen na rynku krajowym. Konieczna jest zatem szczegółowa analiza jakim zmianom w wyniku pandemii uległ eksport poszczególnych gałęzi rolnictwa i branż przemysłu rolno – spożywczego. Taką analizę można będzie wykonać w ścisłej współpracy z organizacjami branżowymi rolników i przedsiębiorców, gdy będą dostępne szczegółowe dane o handlu zagranicznym za pierwsze półrocze 2020 r..

III

Nadzwyczajne sytuacje, a taką jest stan epidemii, mogą zaburzać równowagę na rynkach żywności. Zwykle, zwłaszcza jeśli żywność jest panicznie wykupywana, można się obawiać takiego wzrostu cen detalicznych, który wykracza poza normalne ich wahania w gospodarce wolnorynkowej. Dane, na podstawie których można przeanalizować jak kształtowały się detaliczne ceny żywności w trzech pierwszych miesiącach pandemii, znajdują się w publikowanych przez GUS miesięcznych informacjach sygnalnych (wskaźniki cen towarów i usług konsumpcyjnych oraz szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych). Wynika z nich, że w marcu 2020 r. ceny detaliczne żywności i napojów bezalkoholowych (dalej wskaźnik ŻIBN) wzrosły w porównaniu z lutym 2020 r. aż o około 0,8 proc. Jest to bardzo szybkie tempo, a przy tym czterokrotnie szybsze niż wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem (dalej wskaźnik CPI – consumer price index), który z miesiąca na miesiąc wzrósł o 0,2 proc. Jednakże już w kwietniu, pierwszym pełnym miesiącu, w którym obowiązywał stan epidemii, nastąpiło zdecydowane wyhamowanie wzrostu wskaźnika ŻIBN; wyniósł on 0,3 proc., co było jednym z najniższych wzrostów miesięcznych w okresie styczeń 2019 – kwiecień 2020. Jeszcze niższe było jego miesięczne tempo wzrostu w maju – zaledwie 0,1 proc. Prawdopodobnie wzrosty wskaźnika ŻIBN pozostaną przez kilka najbliższych miesięcy na tym niskim poziomie, choćby dlatego, że lato i wczesna jesień są okresem stosunkowo tanich owoców i warzyw. Niewiadomą, która może wpłynąć na wzrost cen jest pogoda, ale trudno obecnie ocenić skutki ewentualnej suszy, które zależą od opadów w czerwcu i lipcu.

Dane za okres marzec – maj świadczą, że nie sprawdziły się obawy, iż ogłoszenie stanu epidemii spowoduje przyspieszenie tempa wzrostu cen żywności lub co najmniej utrzymanie dotychczasowego. Stan faktyczny jest odmienny – w okresie pandemii nastąpiło wyraźne, szybkie wyhamowanie wzrostu wskaźnika ŻIBN. Kilka jest przyczyn takiego rozwoju sytuacji. Podstawową jest utrzymanie ciągłości zaopatrzenia, co wymagało dobrej organizacji procesów produkcyjnych w kilku podstawowych gałęziach przemysłu spożywczego (mięsny, mleczarski, piekarniczy) oraz dobrej organizacji handlu żywnością nieprzetworzoną (owoce i warzywa). Zwrócić należy także uwagę, iż na stabilizację cen żywności i napojów bezalkoholowych w okresie stanu epidemii poważny wpływ miał system organizacji polskiego rynku żywności. Jest to system charakteryzujący się bardzo silną walką konkurencyjną, w której operuje się przede wszystkim cenami, między przedsiębiorstwami handlu detalicznego. Walczącymi konkurentami są wielkie sieci, a jej efektem są niskie marże handlowe, mające niewątpliwy wpływ na wysokość cen w całym detalicznym handlu żywnością. Walka konkurencyjna przenosi się również na negocjacje cenowe z przedsiębiorstwami przemysłu spożywczego. W negocjacjach tych sieci handlowe mają bardzo silną pozycję, której efektem są niskie marże również w przemyśle spożywczym. Proces kształtowania cen we wszystkich segmentach rynku żywnościowego jest zatem wysoce konkurencyjny i sprzyja relatywnie niskim cenom detalicznym żywności. W okresie pandemii nie uległ on demontażowi.

IV

Podstawową przyczyną, która spowodowała, że polska gospodarka żywnościowa najprawdopodobniej nie poniosła dotychczas większych strat finansowych w wyniku działalności na rynku krajowym (najważniejsze wyjątki kwiaciarstwo i chów drobiu mięsnego), była świadomość kierujących walką z pandemią, iż również w tak trudnym okresie rynki artykułów rolno – spożywczych powinny funkcjonować bez zakłóceń. Dlatego, choć objęto je różnymi przeważnie drobnymi, ale niekiedy dokuczliwymi ograniczeniami, handel detaliczny żywnością w przeciwieństwie do wielu innych branż pracował niemal normalnie.

Przejście możliwie „suchą stopą” przez pierwsze trzy miesiące pandemii nie oznacza jednak, że kolejne miesiące, a być może nawet najbliższe 2 – 3 lata będą dla polskiej gospodarki żywnościowej równie pomyślne. Nie wiadomo bowiem, jak długo będzie trwał „reset” gospodarki europejskiej i światowej i jakie będą jego rezultaty. Wprawdzie większość państw dotkniętych pandemią, w tym także Polska, wprowadza niezwykle kosztowne programy, które mają doprowadzić do możliwie szybkiego powrotu gospodarki do poprzedniego poziomu, ale nie wiadomo, czy okażą się tak skuteczne, jak sądzą ich autorzy. Ich efekty zależą bowiem nie tylko od wpompowania do gospodarki ogromnych środków finansowych, ale również od zachowania konsumentów. Pierwsze tygodnie „odmrażania”, wykazały, że znaczna część społeczeństw zdaje sobie sprawę z niepewnej sytuacji gospodarczej. Konsekwencją jest świadomość niestabilności sytuacji osobistej, której przyczynami są przede wszystkim zagrożenie bezrobociem i groźba spadku dochodów realnych. W rezultacie może okazać się, że powściągliwe zachowanie konsumentów, którego rezultatem będzie wolno rosnący efektywny popyt, stanie się najważniejszym powodem powolnego powrotu na ścieżkę wzrostu.

Ocenia się, że w drugim kwartale nastąpi w Polsce spadek PKB o około 10%. Wątpliwe, czy już w trzecim kwartale zacznie się wyraźne odbicie gospodarki od dna. Krzywa wchodzenia w kryzys i wychodzenia z niego nie będzie miała zatem najprawdopodobniej kształtu litery V lecz litery U. Nie wiadomo zatem jak będzie się kształtował popyt konsumpcyjny, gdyż nawet najhojniejsza, dobrze zaadresowana pomoc państwa nie zniweluje skutków spadku aktywności gospodarczej na przychody ludności. Nastąpi zatem obniżenie siły nabywczej społeczeństwa, które utrzyma się co najmniej przez 2 lata.

Spadek dochodów ludności będzie miał wpływ na stan gospodarki żywnościowej. Wprawdzie wydatki na żywność będą z pewnością pozycją szczególnie chronioną, ale mogą nastąpić zmiany w strukturze popytu; zmniejszy się sprzedaż żywności droższej a zwiększy tańszej – podstawowej. W rezultacie może zmniejszyć się ogólna wartość sprzedaży na rynek krajowy we wszystkich kolejnych ogniwach gospodarki żywnościowej, począwszy od rolnika na handlu detalicznym kończąc. Najdotkliwiej ewentualne zmiany mogą odczuć przemysł rolno – spożywczy i handel żywnością, ale również niektóre gałęzie rolnictwa. W szczególnie trudnej sytuacji mogą znaleźć się gospodarstwa ekologiczne, gdyż przeciętny polski konsument zawsze zwracał baczną uwagę na ceny i kupował tańsze produkty, a mając niższe dochody będzie jeszcze uważniejszy. Rynek żywności ekologicznej był zresztą w Polsce, również w okresie dobrej koniunktury, rynkiem niszowym, choćby z tego powodu, że ceny produktów ekologicznych były znacznie, często kilkakrotnie wyższe niż żywności konwencjonalnej. Reklamowanie żywności ekologicznej jako zdrowej jest zresztą nadużyciem, bo żywność uzyskiwana tradycyjnymi metodami jest również żywnością bezpieczną.

Mimo tych zastrzeżeń i wątpliwości przesunięcia popytu na krajowym rynku żywności będą stosunkowo niewielkie i nie będą stanowić poważnego zagrożenia dla polskiej gospodarki żywnościowej. Znacznie większym zagrożeniem może być spadek popytu importowego na najważniejszych rynkach eksportowych. Sytuacja ekonomiczna mięsnego chowu drobiu jest tylko jednym, ale drastycznym przykładem. O tym jak ważny dla wielu gałęzi rolnictwa i przemysły rolno – spożywczego jest eksport świadczy dobitnie analiza wykonana w Zakładzie Ekonomiki Agrobiznesu i Biogospodarki Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Wynika z niej, że udział eksportu w produkcji sprzedanej większości głównych grup produktów przekraczał 30% w 2018 r. Asortymentem, niemal wyłącznie (w 80%) produkowanym na eksport było trwałe pieczywo cukiernicze. Kolejne grupy produktów to: ryby i przetwory rybne (72%), przetwory ziemniaczane (70%), mięso drobiowe (69%), kakao, czekolada i inne słodycze (66%), przetwory owocowo – warzywne (62%), odżywki i żywność dietetyczna (53%), oleje, margaryny i pozostałe tłuszcze (51%), mięso czerwone (49%), soki i napoje owocowe i warzywne (47%), lody (40%), cukier (34%), przetwory zbożowe (31%), mleko i artykuły mleczarskie (30%).

Okazuje się więc, że dla większości branż przemysłu rolno – spożywczego, a w konsekwencji i dla rolnictwa, rynek zagraniczny jest ważnym a w niektórych przypadkach nawet najważniejszym rynkiem. Jego znaczenie będzie najprawdopodobniej jeszcze rosnąć, jeśli się uwzględni, że od wielu lat popyt na poszczególne grupy żywności na rynku krajowym zmienia się nieznacznie. Dalszy rozwój przemysłu rolno – spożywczego i rolnictwa jest zatem uzależniony od wzrostu możliwości eksportowych.

Obecnie jakiekolwiek prognozy są niemożliwe, poza oczywistym stwierdzeniem, że polski eksport rolno – spożywczy będzie w okresie „resetu” gospodarki unijnej niższy niż dotychczas. Nie wiadomo jednak jaka będzie skala jego spadku, jakie produkty obejmie oraz kiedy (i czy) rozpocznie się faza wzrostu. Pierwsze wiarygodne oceny będzie można sformułować dopiero za kilka miesięcy. Produkty, których nie uda się ulokować zagranicą zostaną skierowane na rynek wewnętrzny, co może prowadzić do znacznych obniżek cen i w konsekwencji bankructw przedsiębiorstw przemysłu rolno – spożywczego, dezorganizacji rolnictwa i w skrajnych przypadkach ograniczania chowu niektórych zwierząt i uprawy niektórych roślin.

Jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie na szczegółowe oceny sytuacji na rynku polskim, zwłaszcza, że bieżący rok może być, ze względu na przewidywaną suszę rokiem niskich zbiorów. Sytuacja będzie zapewne gałęziowo zróżnicowana. Już obecnie podaż mleka jest nadmierna i rosną zapasy artykułów mleczarskich, które trudno ulokować na rynku krajowym i zagranicznych, a ceny skupu mięsa drobiowego w maju b.r. spadły w porównaniu z kwietniem o 12% i znajdują się obecnie na poziomie nie pokrywającym kosztów produkcji. Poza tym produkcja zwierzęca boryka się z groźnymi chorobami ograniczającymi produkcję i możliwości eksportu; afrykański pomór świń w ciągu sześciu lat bezskutecznego zwalczania dotarł już do Wielkopolski i Ziemi Lubuskiej,, a wysoce zjadliwą grypę ptaków stwierdzono od początku 2020 roku na kilkunastu fermach drobiu.

Reasumując: Dla polskiej gospodarki żywnościowej, w tym rolnictwa, okres wygasającej pandemii (a także następujący po niej okres dochodzenia do nowej równowagi makroekonomicznej) może okazać się znacznie trudniejszy niż kilku miesięcy stanu epidemii.

Dr Janusz Rowiński


Autor jest emerytowanym pracownikiem naukowym Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej-Państwowego Instytutu Badawczego i członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Polub nas i obserwuj

Tu też jest miejsce na twoją reklamę

Porozum się z redakcją!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.