Strajk i co dalej?

Miejsce na reklamę

Tu jest miejsce na twoją reklamę.
©Wikipedia
Print Friendly, PDF & Email

 

 

Strajk nauczycieli był potrzebny. Nie został przerwany, ale zawieszony do września w sytuacji, gdy rząd nie spełnił żadnych żądań strajkujących. Część szkolnego środowiska uważa, że to kapitulacja. Liczniejszą grupą są ci, którzy godzą się z decyzją obu strajkujących związków zawodowych przyjętą w poczuciu odpowiedzialności za młodzież.

Niezależnie od tego co czeka nas we wrześniu, przed wyborami parlamentarnymi, dzięki strajkowi społeczeństwo mogło dowiedzieć się więcej niż kiedykolwiek dotychczas o sytuacji oświaty. Przede wszystkim o niedocenianiu przez rządzących dziś Polską zawodu i sytuacji materialnej nauczycieli, o katastrofalnych skutkach reformy szkolnictwa przeprowadzonej przez PiS, o anachronicznych wobec wymagań współczesnej cywilizacji programach nauczania i o wielu innych sprawach. Problemy oświaty nagle wyszły z cienia. Rząd nie zdecydował się jednak na ustępstwa, wybrał taktykę manipulacji, pokrętnych decyzji i szkalowania środowiska. Jesteśmy świadkami żenującego spektaklu politycznego, łącznie z organizacją rządowego okrągłego stołu, który miał zastąpić zaspokojenie słusznych żądań.

W czasie strajku słyszeliśmy nieliczne tylko wypowiedzi ze strony środowiska akademickiego – uczelni i instytutów naukowych. A przecież to one przejmują dalsze kształcenie absolwentów liceów i w tym także konsekwencje błędów i braków w ich przygotowaniu. Głos środowiska akademickiego powinien więc także być wysłuchany i uwzględniony. Reformę trzeba rozpocząć. Jeśli to się nie zdarzy, to Polska cofnie się w rozwoju.

Na ten temat rozmawiam z prof. Andrzejem Rosnerem, byłym dyrektorem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk. – Co należałoby zrobić już dziś i w dalszej perspektywie, aby rozpocząć uzdrawianie systemu oświaty?

Andrzej Rosner: – Dużo zależeć będzie od dalszej reakcji władz na strajk nauczycieli. Do osiągnięcia jakiegokolwiek porozumienia konieczne byłoby zrozumienie przez obecną władzę, a także przez część rodziców uczniów powodów tego protestu, ale do tego bardzo daleko.

Uważam, że najważniejsze i konieczne byłyby zmiany w całym systemie oświaty, który działa źle. Zastanawiając się nad przyczynami , na pierwszym miejscu postawiłbym programy nauczania. Są tak pomyślane, że szkoła wymaga od uczniów przyswojenia całej masy mało istotnych encyklopedycznych informacji, a nie uczy jak wykorzystywać uzyskaną wiedzę. Drugą ważną sprawą jest kształtowanie pewnych cech uczniów. Na przykład, system, który dziś mamy premiuje przede wszystkim posłuszeństwo u uczniów „ nie wychylanie się”, udzielanie odpowiedzi tylko zgodnych z oczekiwaniami nauczycieli (testy). Natomiast źle widziana jest samodzielność, inicjatywa, dociekliwość lub podejmowanie dyskusji. Oczywiście, należy tu uwzględnić różnicę metod między nauczaniem podstawowym i dalszymi etapami.

– To jest nie tylko kwestia programu, ale również przygotowania nauczycieli do edukowania według innych standardów niż te założone w przeprowadzonej przez PiS reformie.

– Przede wszystkim zależy to od tego jak jest ułożony program szkolny. Na przykład, jeśli mamy w programie języka polskiego kilkadziesiąt obowiązkowych pozycji literatury i na każdą tylko ok. 2 godziny, to może to jedynie zniechęcić do czytania. Może lepiej, gdyby tych obowiązkowych lektur było znacznie mniej, ale w pogłębiony sposób przedyskutowano by problemy poruszane w książce, jej strukturę formalną, język itp. Dawalibyśmy w ten sposób uczniom narzędzia do tego, aby czytając inne pozycje potrafili ocenić co czytają. Jest to, jak widać, bardzo ważna kwestia dotycząca tzw. podstawy programowej. Podobne problemy są w nauczaniu matematyki i większości innych przedmiotów.

– Czy obowiązujący program nauczania zostawia miejsce na inicjatywę nauczycieli?

– Teraz nie. Nauczyciele postępują racjonalnie, dostosowują się do wymagań programu i nie odstępują na ogół od jego reguł. Przecież za to są oceniani. Przedtem też tak bywało, ale reforma PiS wzmocniła tę zasadę. Uczeń, który zadaje pytania, przeszkadza w realizacji i tak przeładowanego programu i jest „czarną owcą”. Według moich doświadczeń, prymusami są uczniowie najlepiej przystosowani do takiej tradycyjnej szkoły, nie stwarzający problemów i przyjmujący bezkrytycznie to, czego wymaga nauczyciel, który skrępowany jest programem. Potem, w czasie studiów na dobrych uczelniach, często są bardzo przeciętni, nie dają rady, a nawet wykruszają się a najlepszymi studentami są właśnie ci, którzy w szkole pytali, mieli wątpliwości, dyskutowali…

– Czy taki program wynika z tzw. polityki edukacyjnej, czy z niezrozumienia wymagań współczesnej cywilizacji, w której potrzebne są jednostki samodzielne, aktywne, myślące – obywatele?

Moim zdaniem, jest to relikt dziewiętnastowiecznego systemu szkolnego, który jest powodem nieprzystosowania sposobu uczenia do współczesnych potrzeb. Jest jeszcze jedna cecha charakterystyczna ,wiele mówiąca o podejściu do kształcenia. Dzisiejsza szkoła bardzo nie lubi dyslektyków, bo sprawiają kłopot, ale wśród nich jest bardzo wielu ludzi zdolnych. Wspomnę tu Alberta Einsteina, Walta Disneya, Winstona Churchilla, Thomasa Edisona, Aleksandra Grahama Bella. Musimy przyjąć do wiadomości, że dyslektyk to nie debil, ale osoba inaczej funkcjonująca. Za moich szkolnych czasów tępione było również pisanie lewą ręką. Dziś to już na szczęście przeszłość. Pozostaje też problem dzieci niepełnosprawnych, którym odebrano prawo do indywidualnych lekcji w szkole.

Na wielu wydziałach uniwersyteckich, na ogół po trzecim roku jest podział na specjalizacje typu nauczycielskiego i inne, które uchodzą za bardziej prestiżowe. Słabsi studenci chętnie wybierają kierunek nauczycielski uznawany za łatwiejszy. Jak wiadomo, kariera w tym zawodzie jest gorzej opłacana, ale takie studia dają poczucie większej pewności zatrudnienia. To powoduje odtwarzanie się generacji nauczycieli o słabszym przygotowaniu zawodowym. Są na szczęście wyjątki od tej reguły wynikające z prawdziwego zainteresowania pracą z dziećmi i młodzieżą.

Kolejny, ważny problem dotyczy kształcenia na poziomie wyższym. Studia rozpoczyna obecnie, ok. 50proc. rocznika maturzystów. Kiedyś było to około 10 proc., między innymi dlatego, że była ostrzejsza niż teraz selekcja, a i wówczas nie wszyscy kończyli podjęte studia. Obecny system finansowania uczelni działa w ten sposób, że „pieniądze idą za studentem”. Pozbycie się słabego studenta oznacza dla uczelni zmniejszenie dotacji. Dlatego podciąga się go różnymi sposobami przymykając oczy na słabości. Ci, którzy uważają, że to błąd są traktowani jako działający przeciw interesom uczelni, głównie finansowym. W rezultacie przybywa niedouczonych absolwentów. Tak dzieje się najczęściej w uczelniach mniej prestiżowych a na pewno nie np. UW, czy UJ.

Idąc dalej, placówki naukowe starają się przyjąć do pracy najzdolniejszych absolwentów uczelni, poszukując ich różnymi metodami. Ale z własnych doświadczeń wiem, że taki system też źle działa, ponieważ płace, zwłaszcza młodszych pracowników naukowych są tak niskie, że często bardzo dobry kandydat na naukowca po dwóch – trzech miesiącach mówi, ze nie stać go na taką pracę, bo np. w banku na początek proponują mu 2, 3 razy więcej. I odchodzi. Zresztą uczelnie mają bardzo mało miejsc dla kończących studia magistrów. W zasadzie nie przyjmują osób bez doktoratu. Ten stopień uzyskuje się najczęściej na studiach doktoranckich. Trwają one cztery lata, w czasie których otrzymuje się stypendium bardzo niskie, nie wystarczające na utrzymanie. Nie wszyscy doktoranci zresztą je otrzymują. Oznacza to dla nich odłożenie wszystkich życiowych decyzji do 30 roku życia – do uzyskania doktoratu. Bardzo często więc osoby , które kończą studia doktoranckie to wcale nie są ci najlepsi, ale ci, którzy np. mają dobrze sytuowane rodziny, pomagające w utrzymaniu.

Trudno nie przyznać, że cały opisany system już od początku, od szkoły podstawowej prowadzi do wątpliwej, negatywnej selekcji, wątpliwego motywowania do pracy. I nie dziwmy się, że mamy mało patentów w naukach ścisłych i relatywnie niski poziom w innych dyscyplinach naukowych.

– Ale wróćmy do szkolnictwa: reforma przeprowadzona przez PiS zdezorganizowała cały system i doprowadziła do głębokiego kryzysu. Co w tej sytuacji należałoby więc robić przede wszystkim?

– To nie była reforma sytemu oświaty a tylko jej organizacji. Ważniejsze jest co innego. Po pierwsze, musimy zdać sobie sprawę, ze reformowanie oświaty może dać efekty po dłuższym okresie, liczonym na kilka kadencji politycznych, więc ekipa wdrażająca reformę nie będzie z tego miała doraźnych korzyści politycznych. Po drugie, zreformowana szkoła powinna dawać uczniom (przecież w przyszłości obywatelom) przede wszystkim narzędzia do ustawicznego zdobywania nowej wiedzy. Świat się zmienia, więc umiejętność szukania i wykorzystywania informacji staje się niezbędna. W tym celu trzeba zmieniać metody nauczania. Nauczmy dziecko rozumieć czytaną książkę a nie tylko poznać jej fabułę. Podobnie jest z matematyką. Jedna dobrze nauczona teoria matematyczna + choćby minimalna znajomość logiki powiela się w innych teoriach. A to może być podstawą do dalszego poznawania tego przedmiotu. Dzisiejszy uczeń szkoły średniej nie rozumie co to jest teoria, hipoteza, aksjomat, model, zbiór, nie wie jak zbudować definicję itd. W szkole podstawowej są niezbędne rachunki i nazywajmy je tak – nie matematyką. Ale później, gdy zaczynamy uczyć matematyki to pokażmy np. jaki jest związek między algebrą, trygonometrią i ścisłymi naukami i że sposób dowodzenia i wyciągania wniosków opisuje logika, która jest uniwersalna dla wszystkich teorii. Pokażmy uczniom mechanizm funkcjonowania wiedzy.

– Aby pójść w kierunku koordynacji metod nauczania różnych przedmiotów, trzeba zmienić nie tylko podstawy programowe, ale mieć także dobrze wykształconych nauczycieli… i rozumiejących intencje takich zmian rodziców.

– To na pewno byłby proces długotrwały, ale opłacalny. Skoro mówimy od 30 lat, żeby „nie dawać dzieciom ryby, tylko wędkę”, to dajmy ją wreszcie. Jednych uczniów bardziej interesować będzie matematyka, innych inżynieria, informatyka, lub humanistyka, w rezultacie będzie to dla nich podstawa dobrego funkcjonowania w przyszłości. W takiej szkole przyszłości nauczyciel byłby dla uczniów przewodnikiem. Trzeba więc odpowiednio kształcić nauczycieli, równocześnie zmieniając szkoły. Nie będzie to łatwe.

– Czy zauważył Pan w czasie tegorocznych wydarzeń takie myślenie o przyszłości u strajkujących nauczycieli, choćby u liderów tego ruchu?

– Liderzy są różni – są wśród nich tacy, którzy dążą do unowocześnienia tego systemu. Posłuch zdobywają jednak i ci, którzy mają inne poglądy. Wydaje mi się, że wynika to m.in. z tego, że w Polsce przynajmniej od 30 lat, albo i dłużej, nie była prowadzona polityka płacowa w oświacie. Kształtowanie systemu płac, a co za tym idzie także prestiżu tego zawodu, dokonywało się żywiołowo, albo pod doraźnym wpływem polityki, np. gdy chodziło o wymianę elit. Ponadto, według pewnych kryteriów politycznych, edukacja i poziom wykształcenia społeczeństwa nie odgrywały decydującej roli. Zawsze potrafiła dotrzeć do państwowych pieniędzy tak zwana wielkoprzemysłowa klasa robotnicza przy pomocy różnych nacisków lub awantur politycznych. Takiej siły przebicia nie mają profesorowie uniwersytetów czy nauczyciele, którzy nie są skłonni do palenia opon przed siedzibami władz państwowych. W normalnym ustabilizowanym systemie, istnieje pewna hierarchia zawodów powiązana i kształtowana przez politykę państwa. W Polsce tego nie ma. Rezultat jest taki, że nauczyciele, którzy powinni być grupą wysoko cenioną zarabiają bardzo mało. Propaganda dawnego systemu, ale również współczesnego głosi, ze górnik ma ciężką pracę, co należy uwzględniać w zarobkach. Niedowartościowane są zawody, które kształtują osobowość i przygotowanie do życia młodego pokolenia. Nie docenia się roli edukacji. W rezultacie prestiż tego zawodu jest tak niski, że np. uczniowie potrafią na lekcji wsadzić kosz śmieci na głowę nauczyciela.

A na pana pytanie, co w takim razie robić trzeba wymienić parę kwestii. Pierwsza i najpilniejsza, to wzmocnienie finansowania oświaty i nauki. Druga, to zmiana nie tylko programów nauczania, ale podporządkowanie ich kształtowaniu odpowiednich, aktywnych postaw uczniów . Wreszcie należałoby zastanowić się nad procesem kształcenia nauczycieli , oceniania ich pracy i wzmocnieniem ich pozycji społecznej. Bez tego rodzaju działań – podkreślam, w dłuższej perspektywie niż jedna czy dwie kadencje władz – takie określenia dotyczące naszego kraju, jak „rozwój oparty o wiedzę”, czy „dolina krzemowa” pozostaną hasłami bez pokrycia.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Marcin Makowiecki

Polub nas i obserwuj

Tu też jest miejsce na twoją reklamę

Porozum się z redakcją!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


wp-puzzle.com logo

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.