A. Rzońca: Jak rząd marnuje pieniądze obywateli

Miejsce na reklamę

Tu jest miejsce na twoją reklamę.
Andrzej Rzońca ©Instytut Obywatelski
Print Friendly, PDF & Email

– Jak rząd wydaje publiczne pieniądze? Wystarczy jeden przykład: w 2018 r. wydatki na Instytut Pamięci Narodowej będą pięć razy większe niż na Polską Akademię Nauk – mówi prof. Andrzej Rzońca, główny ekonomista Platformy Obywatelskie

Połowa roku za pasem. Jak ocenić tegoroczne wydatki publiczne?

Andrzej Rzońca: – Rosną szybciej niż gospodarka, mimo że jesteśmy u szczytu koniunktury: według Komisji Europejskiej zwiększą się o blisko 7%. Będzie to najwyższe tempo ich wzrostu od 2010 roku. W efekcie, ich relacja do PKB podniesie się z 41,3% w 2017 roku do 41,6%.

Rząd twierdzi, że może sobie pozwolić na podwyższenie wydatków z budżetu, bo rosną wpływy z podatków.

– Rząd zawyża dochody z rzekomego uszczelnienia podatków. W ten sposób obchodzi stabilizującą regułę wydatkową wprowadzoną przez koalicję PO-PSL. Już mu nie wystarcza to, że zaraz po przejęciu władzy rozluźnił tę regułę, wprowadzając cel inflacyjny w miejsce dynamiki cen, które wtedy spadały. Gdyby nie zawyżał dochodów z uszczelnienia, to zgodnie z regułą wydatkową mógłby zwiększyć wydatki budżetu w porównaniu do ich poziomu z ustawy budżetowej na ub.r. o zaledwie kilka mld. Mechanizm korekty uwzględniony w tej regule nakazuje, żeby zwiększać je, dopóki dług publiczny przewyższa 48% PKB, o 2 pkt proc. wolniej od średniookresowej realnej dynamiki PKB powiększonej o cel inflacyjny. Tymczasem rząd zwiększa je szybciej od tej dynamiki. Robi coś, czego nie powinien robić, nawet gdyby dług publiczny spadł poniżej kolejnego progu w regule, tj. 43% PKB. Przypomnę, że dług przekracza 50% PKB.

Czy da się coś zrobić, żeby rząd zaczął przestrzegać regułę wydatkową?

– Obawiam się, że wkrótce będziemy świadkami jeszcze większych manipulacji. Maskować rozdawnictwo pomagała rządowi dotychczas nie tylko doskonała koniunktura na świecie, zasilająca budżet szerokim strumieniem dochodów. Rząd korzystał także na tym, że inflacja była niższa od celu inflacyjnego, który jest w formule wyznaczającej limit wydatków, jak również na ekstremalnie niskich stopach procentowych w Polsce i na świecie, obniżających koszty obsługi długu, czy też – paradoksalnie – na opóźnieniach w realizacji projektów współfinansowanych z funduszy unijnych, pozwalających zaoszczędzić mu na wkładzie własnym do tych projektów. W niedalekiej przyszłości wszystkie te czynniki mogą zacząć działać w przeciwną stronę. Koniunktura na świecie się pogorszy i nie będzie można dłużej łgać, że uszczelnienie przynosi znakomite rezultaty. Inflacja przekroczy cel inflacyjny, utrudniając zmieszczenie się w limicie wydatków wyznaczanym z uwzględnieniem celu, a nie faktycznej inflacji. Stopy procentowe wzrosną, zwiększając koszty obsługi długu publicznego. Wreszcie, trzeba będzie nadrobić opóźnienia w realizacji projektów unijnych, a w efekcie wygospodarować środki na wkład własny do tych projektów.

Budżet, a więc podatników czekają więc ciężkie czasy…

Zamiast załamywać ręce, trzeba działać – i to już teraz, bez czekania na odebranie PiS-owi władzy przez wyborców. Platforma Obywatelska złożyła w Sejmie projekt ustawy, która uniemożliwi obchodzenie stabilizującej reguły wydatkowej przez zawyżanie dochodów z uszczelnienia. Zgodnie z tym projektem to Rada Polityki Pieniężnej, a więc organ Narodowego Banku Polskiego, którego niezależność gwarantuje Konstytucja, miałaby oceniać, jaka część wzrostu dochodów budżetu pochodzi z uszczelnienia podatków i może być wydana, a jaka wynika z poprawy koniunktury i powinna posłużyć do zmniejszenia deficytu fiskalnego.

Wróćmy do tegorocznego budżetu. Jakie są główne pozycje w wydatkach? Na co rząd w tak szybkim tempie wydaje nasze podatki?

– Tutaj zaskoczenia nie ma. Szczególnie szybko rosną pieniężne transfery socjalne, spośród wydatków bieżących – najszybciej. Rząd planuje zwiększyć je o 7%, czyli prawie 21 mld zł. Dla porównania: mniej niż jedna dziesiąta tej kwoty wystarczyłaby na realizację postulatów protestujących opiekunów osób niepełnosprawnych. Nawet gdyby zastosować najszerszą z możliwych interpretacji kręgu uprawnionych do postulowanej przez protestujących pomocy, to jej koszt nie sięgnąłby połowy przewidzianego na ten rok wzrostu pieniężnych transferów socjalnych. Ale rząd nie myśli o efektywności wydatków socjalnych. Nie dba o to, czy trafiają one do ludzi, którzy naprawdę potrzebują pomocy państwa, bo nie są w stanie sami sobie pomóc. Koncentruje się na pozyskiwaniu głosów w wyborach.

Skąd więc aż taki wzrost tych wydatków?

– Za prawie połowę tego wzrostu odpowiada obniżenie wieku emerytalnego. Rząd nie ma pieniędzy na pomoc dla niepełnosprawnych, ale ma na wypchnięcie relatywnie młodych ludzi na emerytury, którzy pracując mogliby pomóc i sobie, i tym, którzy nie są zdolni do pracy. Nie obchodzi go, że to pogłębia niedostatek rąk do pracy i przyspieszy demolujące konsekwencje fatalnej demografii dla gospodarki o około 20 lat, w efekcie czego w nieodległej perspektywie budżetowi może brakować pieniędzy dosłownie na wszystko. Liczą się wyłącznie słupki sondażowego poparcia tu i teraz, i to bardziej niż w którymkolwiek innym przyzwoicie rozwiniętym kraju. Polska jest wciąż jedynym krajem wśród 35 państw OECD, który w odpowiedzi na wydłużanie się oczekiwanej długości życia w zdrowiu i jednoczesne szybkie ubywanie osób w wieku produkcyjnym, obniża wiek emerytalny, w przypadku kobiet – do najniższego poziomu w Europie! Wkrótce w ślady Polski mogą co prawda pójść Włochy, rządzone przez populistyczną koalicję. Ale to wątpliwe pocieszenie, bo podcinanie skądinąd już słabych finansów publicznych w tym kraju zwiększa ryzyko poważnych wstrząsów za granicą, na które Polska nie jest przygotowana.

Ile podatnicy zapłacą za obniżenie wieku emerytalnego?

– Według szacunków Ministerstwa Finansów tylko w br. obciąży ono finanse publiczne na kwotę 9 mld złotych, czyli prawie 0,5% PKB. Przez kilka kolejnych lat ta suma będzie rosła o 2-3 mld zł rocznie. W 2022 roku rachunek za obniżenie wieku emerytalnego wyniesie już 18 mld zł. Międzynarodowy Fundusz Walutowy bije na alarm, że dalsze, o wiele większe koszty tej decyzji pojawią się około 2030 roku. Żeby zapobiec spadkowi przeciętnej emerytury poniżej minimum ustalonego przez Międzynarodową Organizację Pracy, trzeba będzie co roku zwiększać dotację z budżetu do ZUS o 0,3% PKB (czyli w warunkach br. o 6 mld). Około 2040 r. ten dodatkowy koszt sięgnie około 2,7% PKB, czyli prawie dwa i pół razy tyle, ile budżet wydaje na program 500 plus.

A co z wydatkami publicznymi na inwestycje?

Tu – pozytywna informacja: mają wzrosnąć o blisko 15%. W relacji do PKB zwiększą się z 3,9% w br. do 4,3%. To olbrzymi postęp w porównaniu do 2016 r., kiedy wyniosły 3,3%. Ale widzimy go nie dzięki rządowi, a dzięki samorządom, które szybko zwiększają inwestycje, pomimo nalotów różnych trzyliterowych agencji. Niemniej, choć samorządy łagodzą skutki przejęcia władzy przez PiS dla inwestycji publicznych, to inwestycje te wciąż jeszcze nie powrócą ani do średniej z okresu rządów koalicji PO-PSL (4,9% PKB), ani do poziomu z 2015 r. (4,4% PKB). W ani jednym roku rządów tamtej koalicji, inwestycje publiczne nie były tak niskie, jak mają być w br.

Czy są jakieś inne wydatki, które mają szybko rosnąć w br.?

– Szybciej niż PKB? Także tzw. transfery rzeczowe. Do tej kategorii wydatków zaliczają się w szczególności wydatki publiczne na edukację, jak również na zdrowie, a więc wydatki teoretycznie prorozwojowe. Istotnemu wzrostowi tych dwóch kategorii wydatków nie towarzyszą jednak żadne zmiany organizacyjne sprzyjające poprawie efektywności ich wykorzystania. Przeciwnie, zarówno deforma edukacji, jak i zmiany w ochronie zdrowia (w tym zwłaszcza likwidacja związku dochodów szpitali z ilością przeprowadzonych procedur medycznych oraz nacjonalizacja ratownictwa medycznego) pogorszą efektywność wydatków.

Brak dbałości o tę efektywność widać zresztą również w przypadku wielu innych wydatków. Wydatki na Wojska Obrony Terytorialnej (568 mln), czyli żołnierski folklor, mają być zbliżone do wydatków na marynarkę wojenną (594 mln zł) i prawie dwa razy wyższe niż na wojska specjalne (295 mln zł).  Wydatki na CBA (197 mln zł) mają się zbliżyć do wydatków na Centralne Biuro Śledcze, które są obcinane (z 214 mln zł w ub.r. do 212 mln zł).

Poza tym, jest jeszcze inny problem.

Jaki?

– Otóż, to nie rząd musi się głowić, jak sfinansować wzrost wielu z tych wydatków. Rząd często ogranicza się do obietnic. Na przykład nauczycielom złożył obietnicę podwyższenia ich wynagrodzeń o 5%. Ale znaczną część ciężaru sfinansowania tej obietnicy przerzucił na samorządy. Część oświatowa subwencji ogólnej finansowanej z budżetu zwiększyła się tylko o 2,8% – czyli realnie o 0,5%. Podobnie jest z wydatkami na ochronę zdrowia. W budżecie ministra zdrowia planuje się je zwiększyć o symboliczne kwoty, a w budżetach innych ministrów przewidziano ich ograniczenie.

To z czego zostanie sfinansowanie zniesienie limitów w dostępie do rehabilitacji dla osób o znacznym stopniu niepełnosprawności? 

– W najlepszym razie z ograniczenia innych wydatków na ochronę zdrowia – NFZ ma budżet określony przez wpływy ze składek i musi się w nim zmieścić. Obawiam się jednak, że będzie gorzej: zniesienie limitów okaże się teoretyczne. Dostęp osób niepełnosprawnych do opieki zdrowotnej się nie poprawi. Rząd uchwalił kolejne fasadowe prawo.

Ile kosztuje podatników utrzymanie tej władzy?

Coraz więcej. Wydatki na Kancelarię Premiera rosną w tym roku o 32% (w porównaniu do 2017) i aż o 40,1% w stosunku do 2015 r. (ostatniego roku rządów PO-PSL). Z kolei wydatki na Kancelarię Prezydenta mają zwiększyć się o 25% do poziomu zbliżonego do kwoty, jaką brytyjscy podatnicy wydają na całą rodzinę królewską. Wydatki na Kancelarię Sejmu mają wzrosnąć o 17%, a na Kancelarię Senatu o 18%. Wydatki na IPN, który zajmuje się głównie wojną z Lechem Wałęsą, mają zwiększyć się o 37% – do niemal 5-krotności nakładów na Polską Akademię Nauk!

Prezes Kaczyński po skandalu z pseudo-nagrodami ministrów zapowiedział, że teraz będzie „dużo, dużo skromniej”…

– Nie wskazał jednak punktu odniesienia. Gdyby było tak skromnie lub – jak kto woli – rozrzutnie jak w 2015 roku, kiedy PiS przejmował władzę, to budżet zaoszczędziłby prawie 2 mld zł. O tyle więcej niż w 2015 roku ma nas kosztować administracja w ministerstwach i urzędach naczelnych organów państwa w br. Przypomnę, że to kwota mniej więcej odpowiadająca kosztom realizacji postulatów protestujących opiekunów osób niepełnosprawnych. A to tylko część wydatków na tę władzę. Jest ona droga dla podatników także przez swoją skłonność do nieliczenia się z kosztami przy różnych zakupach: od limuzyn począwszy na samolotach dla VIP skończywszy. Nie da się sensownie uzasadnić prawie dwukrotnego wzrostu łącznego kosztu wieloletniego program „Zabezpieczenia transportu powietrznego najważniejszych osób w państwie” między zeszłorocznym a tegorocznym budżetem (z 1,7 do 3,1 mld zł).

Słuchając tej wyliczanki odechciewa się płacić podatki…

W wypełnianiu części zadań państwo nie może być zastąpione przez sektor prywatny. Teoria ekonomii mówi, że zapewniając dostępu do dobrej infrastruktury, edukacji i opieki zdrowotnej,  państwo przyspiesza wzrost gospodarczy. Pod warunkiem jednak, że kieruje się rachunkiem ekonomicznym, a nie kalkulacją polityczną. Na przykład, buduje drogi tam, gdzie będzie ruch samochodowy, zaś dzieciom zapewnia edukację, a nie tylko pobyt w szkole (albo co gorsza indoktrynację).

Niemniej przyrost ewentualnych korzyści dla wzrostu gospodarczego (czy – ogólniej – dobrobytu) z wydatków publicznych maleje wraz ze zwiększaniem się ich poziomu. Im więcej państwo transferuje pieniędzy z budżetu do obywateli (uprzednio ściągnąwszy je w podatkach), tym kosztowniejszy jest nadzór, rozrasta się biurokracja, a zawężają się możliwości ich produktywnego użycia. W konsekwencji, rośnie ryzyko ich złego adresowania.

Wraz ze wzrostem wydatków publicznych zwiększa się natomiast uciążliwość podatków, z których się je finansuje. W sprawnie zarządzanych krajach azjatyckich (Korea Południowa, Singapur, Tajwan) udział wydatków publicznych w PKB waha się w przedziale 17-25%. Według ekonomistów, taki ich poziom umożliwia maksymalizację wzrostu gospodarczego, ale jednocześnie nie daje gwarancji socjalnych. W krajach takich jak Nowa Zelandia czy Szwajcaria proporcja wydatków publicznych do PKB jest ustalona na poziomie 30-35% PKB, który pozwala osiągnąć szybki wzrost, ale jednocześnie daje poczucie bezpieczeństwa socjalnego. W Polsce wydatki publiczne wynoszą ponad 41% PKB. Są więc około dwukrotnie wyższe od poziomu umożliwiającego maksymalizację wzrostu gospodarczego i o jedną trzecią wyższe od poziomu dającego szanse na osiągnięcie największego dobrobytu. W naszym regionie jeszcze większe wydatki publiczne niż u nas są tylko w Chorwacji i na Węgrzech. Pozostałe nowe kraje członkowskie Unii Europejskiej wydają mniej! Mniej wydaje też zdecydowana większość krajów wysoko rozwiniętych, do których Polska aspiruje.

Przedstawiciele ugrupowań lewicowych, np. partii Razem, przekonują, że podatki w Polsce powinny jeszcze wzrosnąć.

W Polsce szczególnie duże ciężary podatkowe są nakładana na pracę. Obciążające ją różnego rodzaju składki i PIT sięgną w br. łącznie ponad 12 tys. zł (1003 zł miesięcznie) w przypadku osoby zarabiającej przez cały rok płacę minimalną. Ciężary te wyniosą ponad 26 tys. zł (2197 zł miesięcznie), jeżeli jej zarobki będą odpowiadać przeciętnemu wynagrodzeniu przewidywanemu przez rząd na ten rok, a blisko 69 tys. zł (5713 zł miesięcznie), jeśli jej płaca będzie dwuipółkrotnie wyższa od średniej krajowej. Licząc w procentach: podatki stanowią 39,6% łącznych kosztów pracy osoby zarabiającej płacę minimalną, 41,0% tych kosztów w przypadku osoby otrzymującej przewidywane przeciętne wynagrodzenie i aż 42,9% osoby zarabiającej 2,5x średnią krajową. W przyszłym roku ma do tego dojść składka na Pracownicze Programy Kapitałowe (no i zniknąć limit składek emerytalno-rentowych). Gdyby dodać składkę na PPK, to suma wszystkich obciążeń nakładanych na pracę wzrosłaby o 956-2213 zł w przypadku płacy minimalnej, 2022-4681 dla przewidywanego przeciętnego wynagrodzenia i 5362-12521 przy płacy dwuipółkrotnie wyższej od średniej krajowej. Przywołuję te wielkości, żeby ostudzić zapał tych, którzy wzywają do podwyżki podatków. Zresztą podwyżka podatków już następuje, choć tego nie zauważamy.

W jaki sposób?

Rząd podnosi podatki i wprowadza nowe po cichu. Wprowadził podatek bankowy, czyli od kredytów, podatek ubezpieczeniowy, czyli od polis, podatek handlowy, czyli od zakupów, oraz podatek „galeryjny” – początkowo od galerii handlowych i biurowców, ale wkrótce od wszelkich nieruchomości komercyjnych, w tym nawet od budynków z mieszkaniami na wynajem. Rząd uchylił też obniżkę VAT uchwaloną przez poprzedni parlament, która miała obowiązywać od początku 2016 roku. Podniósł VAT z 8 na 23% na wybrane produkty, np. na prezerwatywy. Zaostrzył sposób naliczania akcyzy od samochodów sprowadzanych z zagranicy i opodatkowania farm wiatrowych. Zamroził progi w PIT. Teraz, pod hasłem „daniny solidarnościowej”, planuje wprowadzić trzecią stawkę w PIT w wysokości 36% i równolegle zlikwidować liniowy PIT dla przedsiębiorców.

A to jeszcze nie koniec. Rząd PiS zniósł limit składek emerytalno-rentowych, obniżył nawet do zera kwotę wolną od wysokich zarobków i pozbawił wiele grup podatników możliwości korzystania z 50% kosztów uzyskania przychodów. Opodatkował – jak twierdzi przez pomyłkę – wkłady pieniężne wnoszone do firm oraz przychody z dziedziczonego majątku lub otrzymanego jako darowizna, którego nie będzie można już amortyzować. Ograniczył możliwości zaliczania do kosztów podatkowych wydatków poniesionych na usługi świadczone przez podmioty powiązane, na  odsetki, opłaty, premie, czy prowizje od pożyczek i kredytów, jak również na znaki towarowe, czy licencje. Zlikwidował możliwość pomniejszania przychodów z działalności operacyjnej o koszty uzyskania przychodów kapitałowych. Zawęził listę przychodów (dochodów) z tytułu udziału w spółce kapitałowej zwolnionych z opodatkowania. Podatkowa innowacja PiS-u zdaje się nie mieć granic, bo oprócz wyżej wymienionych zwiększył lub wprowadził quasi-fiskalne opłaty: opłatę przejściową i tzw. opłatę mocową za prąd, opłatę emisyjną od paliw, opłatę wodną, opłatę denną od przystani, czy opłatę recyklingową. Forsuje też wprowadzenie opłaty za wjazd do centrum miast i podniesienie opłat parkingowych. Daje to do tej pory 31 podwyżek podatków i to w warunkach doskonałej koniunktury na świecie, dzięki której budżet jest zasilany szerokim strumieniem dochodów. Wkrótce zapewne usłyszymy o dalszych podwyżkach podatków, a najsilniejsze ciosy spadną na podatników, kiedy skończy się dobra koniunktura na świecie. Tak zawsze kończy się rozdawnictwo.

Instytut Obywatelski

Polub nas i obserwuj

Tu też jest miejsce na twoją reklamę

Porozum się z redakcją!